Domowa IRLANDIA Moherowe Klify – czy tam zawsze pada deszcz?

Moherowe Klify – czy tam zawsze pada deszcz?

przez Greg z filmowe podróże

Wyprawa na Moherowe Klify

Moherowe Klify stanowiły jakąś część naszych marzeń o Irlandii. Były jej kwintesensją. Chcieliśmy je zobaczyć od zawsze. Cud natury! Majestatyczne klify oblewane falami oceanu. Dalekie tajemnicze i lekko… straszne.

Shannon Ferries

Przeprawa promowa koło Tarbert. Siedzimy w aucie i czekamy. Lulka. Ja. Bum-bo-bum-bum-bum. Deszcz bębni o dach samochodu coraz mocniej i mocniej. Jest szaro, prawie ciemno. Słabo to wszystko coś dzisiaj wygląda… Bum-bo-bum. Oczekujemy na przeprawę przez rozlewisko ujścia rzeki Shannon na drugą stronę, na półwysep Killimer. Tablica informacyjna na nabrzeżu sugeruje że prom powinien pojawić się za jakieś 30 minut. Woda jest wzburzona, mentna, koloru grafitowego. Jesteśmy pierwsi w kolejce. Za nami stoi jeszcze kilka pojazdów. Powoli wciąż jeszcze się zjeżdżają. Wygląda na to że to sami lokalsi.

Cel: Klify Moheru

Jakieś dwie godziny temu wyjechaliśmy z naszej bazy wypadowej w  The Dingle Gate Hostel  w Annascaul, w hrabstwie Kerry. Znów jesteśmy w trasie a nasz ce to Moherowe Klify. By nie nadkładać drogi mamy w Tarbert przeprawę promową. Z tamtej strony rzeki Shannon będzie już bliżej do Kilrush i dalej do celu naszej wycieczki. Fajnie że wkrótce zobaczymy tę jedną z największych atrakcji irlandzkiego hrabstwa Clare.

Pływające monstrum pojawia się nagle. Zupełnie niespodziewanie. Najpierw słychać daleki wibrujący dźwięk. Potem widać już, wciąż rosnącą w oczach, pływającą puszkę. Trochę stara i pordzewiała, ale co tam… Po chwili jest już całkiem blisko. Jednostka manewruje by przycumować do nabrzeża. Opadają trapy. W następnym momencie wnętrze potwora wypluwa z siebie kilka kolorowych samochodzików. Teraz nadchodzi nasza kolej na boarding. Odpalam maszynę, zjeżdżam z nabrzeża i powolutku wtaczamy się na pokład.

Niebo wciąż płacze. Krople deszczu są coraz większe i większe. Płyniemy przez rozbujaną Shannon, grzecznie zaparkowawszy pomiędzy innymi autami. Ana melinuje się wewnątrz naszego Nissana siorbiąc gorącą kawę. Ja wciągam kurtkę i próbuję ogarnąć otoczenie. Wszystkie pojazdy stoją stłoczone pośrodku deku. Szyby zaparowane. Lodowaty wiatr zacina deszczem. Właściwie nie ma tu czego szukać. Zacieram mokre ręce. Wracam do Lulki. Może zostało jeszcze trochę kawy w termosie.

Ponownie pędzimy w kierunku naszego dzisiejszego celu. Mohery czekają. Kawałek za miasteczkiem Ennis krajobraz staje się coraz bardziej dziki. Mijamy jakby coraz mniej miasteczek. Widać za to więcej i więcej nagich skał. Jakieś opuszczone, czy zaniedbane gospodarstwa. Zarośnięte pastwiska. Droga wije się i wije pośród wzgórz. Wygląda na to że za chwilę dojedziemy gdzieś na koniec świata.

Cliffs of Moher Visitor-Centre

I nagle totalne zaskoczenie – na końcu wąskiej dróżki pojawia się COŚ. Okazuje się że nasze Moherowe Klify to całe wielkie turystyczne halo. Taka turist-baza: Parkingi dla autobusów i samochodów. I wkomponowane w zbocze wzgórza centrum dla odwiedzających. Osobiście wolelibyśmy zobaczyć tu tylko mały parking z ewentualną toaletą, ale cóż, rozumiemy że również zachowanie tych resztek środowiska w nienaruszonym stanie kosztuje pieniądze. A te trzeba jakoś zarabiać.

Z centrum odwiedzających dość stromym chodnikiem pniemy się na szczyt klifu. Tu rozpoczyna się kilka tras spacerowych z punktami widokowymi na majestatyczne skały. Można udać się w dwóch kierunkach: Na południe w kierunku The Great Stack, lub na północ w kierunku Hag’s Head. My najbliżej mamy na szczyt starej kamiennej baszty zwanej O’Briens Tower. Po pokonaniu krętych żelaznych schodków docierasz na szczyt z widokiem na ocean. – G*no dziś zobaczycie – mówi mi schodzący chłopaczek.

My jednak chcemy oblookać jak najwięcej. Oswoić słynne klify. Ale to prawda: – By coś oswoić trzeba to najpierw dostrzec – gadam do siebie. Morze w dole okropnie huczy. Zagłusza mi własne myśli.

Ania próbuje robić jakieś fotki, ale nie ma jak bo niewiele już naturalnego światła, niestety. Klify giną za zasłoną ze ściany wody. Ledwo są widoczne w mokrej mgle. Ja filmuję przez kilka chwil. Niestety kamera też w końcu odmawia dalszej współpracy.  Jest odporna na rozbryzgi wody. Na rozbryzgi tak, lecz nie na taki zwariowany, siekący deszcz. Trudno. Złazimy z wieży.

moherowe klifymoherowe klifymoherowe klify

Ciągle leje…

Całkiem już poważny deszcz przechodzi w ulewę. Robi się nieciekawie. Deszczówka kapie nam za kaptury naszych nieprzemakalnych kurtek. Kapie nam też już z naszych przemakalnych nosów. Coraz mniej zwiedzających wokół nas. Wszyscy gdzieś poznikali. – Pozanikali we mgle – kpimy sobie.

Część tras wzdłuż Moherów szybko zostaje zamknięta. Wciąż natykamy się na tabliczki ostrzegawcze. Szlaki robią się śliskie i przez to bardzo niebezpieczne. Wiatr przenika do szpiku kości. Zaczynamy kłapać szczękami. Łapie nas trzęsionka.  Poddajemy się więc. Resztę zobaczymy może następnym razem. Pora wracać. Robimy sobie jeszcze pamiątkowe fotki przy małym obelisku i… tyle. 

Początkowo mocno komercyjne centrum nie za bardzo nam się spodobało. Teraz chyba zmieniliśmy zdanie. Siedzimy w koncie restauracji i sączymy gorącą herbatę z dużym dodatkiem brandy. Już drugą. Mała irlandzka prohibicja tu jeszcze nie dotarła. Ciepło tu i sucho. Jak dobrze…

– Moherowe Berety coś słabo nas ugościły – zrzędzi Anka. A ja się całkowicie z nią zgadzam. I dojrzewam, by zamówić jeszcze jedną, dużą, chrzczoną herbatkę…

moherowe klify

Foto: Pixabay (Licencja Creative Commons CC0)

 


Moherowe Klify – fakty w pigułce:

– wysokość w najwyższym punkcie – 214 metrów

– długość – około 8km

– wiek – około 320 milionów lat


Ulotka Informacyjna z Centrum Zwiedzających (PL):  Moher Cliffs Information PL

 

Wpisy powiązane

Nie bój się skomentować: