Domowa INDIE Mały Tybet czyli siedziba Dalajlamy

Mały Tybet czyli siedziba Dalajlamy

przez Greg z filmowe podróże

Ponieważ Jego Świątobliwość Tenzin Gjaco XIV Dalajlama, to osoba którą darzymy ogromnym szacunkiem, rzeczą zupełnie naturalną było, iż będąc w Indiach, chcieliśmy odwiedzić McLeod Ganj koło miejscowości Dharamshala.  To miejsce przymusowego wygnania narodu tybetaskiego i siedziba Dalajlamy .

Coś cudownego wydarzało się każdego dnia w tej części Indii.

Sypialny Pierwszej Klasy do Ludlow

Mamy bilety na nocny ekspres z dworca Old Delhi do Ludlow u podnóża Himalajów. Wszystko ekstra zorganizowane: Masz destynacje pociągu, platformę, swój numer wagonu i własne nazwisko wpisane na listę na drzwiach tegoż wagonu. Problem tylko w tym że pociąg ma chyba ze 2 km długości. I stoi na stacji tylko kilkanaście minut. I w tym krótkim czasie ze sto tysięcy pasażerów chce znaleźć swój przedział. A każdy targa 3 walizki i ciągnie za sobą 2 wory. Albo przynajmniej żonę i 4  bachorki… Mało co zepchnięto by mi Lulkę na tory. Z lekka się wystraszyłem. I mniej z lekka wkur*em. Wygląda na to że musimy powtórnie rozważyć nasze opcje transportowe. A chociażby pomysł kontynuowania naszej indyjskiej przygody koleją. Ale to potem, teraz pakujemy się do przedziału. Nasz slipper jest spoko. Zwykły przedział kolejowy z 4 kuszetkami. Tutaj to First Class. Są czyste i pachnące pościele. Kocyk. Nad głową lampka i wentylator. Dwa małe rozkładane stoliczki.

Przypinamy bagaż do łóżek i rozgaszczamy się. Nie ma co zwlekać, trzeba się kłaść, bo jutro będzie długi i ekscytujący dzień. Nagle drzwi się otwierają i do naszej sypialni gramoli się grupa Hindusów. Rodzinka – babcia, mama i 2 dzieciaczki. Protestujemy. Zapłaciliśmy za cały przedział dla siebie. Ale maja poprawne bilety. Śmieją się. Podobno w Indiach takie myki to norma. Państwowa kolej sobie dorabia. No to pięknie. Poddajemy się wreszcie. To tez element przygody. Wybieramy 2 górne prycze. Obie panie moszczą się na kuszetach. Dzieciaki maja dodatkowe rozkładane wąskie kuszetki na korytarzu. Pierwsza Klasa. Trochę rozmawiamy. Gowniarstwo chichocze i przygląda się nam jak obcym z kosmosu. Hinduski częstują nas przepysznymi domowymi ciasteczkami. Powoli wszyscy sposobią się do snu. Wyciągam rękę do lezącej na przeciwko Ani. Potem gasimy lampeczki i wsłuchujemy się w miarowy stukot kol.

Luknow

Ranek przychodzi  bardzo szybko zapowiadając kolejny piękny, słoneczny dzien. W Luknow pytamy o dworze autobusowy z busami jadącymi w kierunku Himalajów. Podobno jest kilka kroków od stacji kolejowej. Idziemy we wskazanym kierunku. Marzy nam się kubeczek aromatycznej kawy. Na Bus Station okazuje się ze nasz autobus odjechał jakieś 10 minut temu. Na następny musimy poczekać około godzinę. Jest wiec chwila by się trochę tu rozejrzeć. Czas na coś do zjedzenia i na kawę. Wcinamy jakieś kruche placuszki z patelni na oliwie. Bardzo smaczne. Idę kupić jeszcze dwie porcje. Kawusia rozpogadza nasze nieco markotne buzie.

Podniebny autobus do Dharamsali

Z moich obserwacji wynika ze wszelki większy bagaż przewozi się tutaj na dachach autobusów. Dla nas to problem, bo słabo widzimy nasze plecaki podróżujące w ten sposób. Boimy się zgubienia albo kradzieży. Poza tym drogi są tu marne, w większości szutrowe, a nie uśmiecha się nam czyścic wszystkich szmatek z szarego, wszędzie włażącego pyłu. Idę do kasy biletowej zbadać temat. Rozwiązanie jest niezwykle proste. Kupując ekstra bilety na 2 miejsca możemy wziąć bagaż do środka pojazdu. Problem rozwiązany.

Nasz autobus to stary zdezelowany grat firmy Tata. Normalnie standard. Ideał na górskie drogi. No to będzie jazda.

Wyruszamy o czasie, co tutaj jest co najmniej dziwne. Ale to dobry znak. Podróż jest bardzo nużąca. Spać nam się chce. Autobus jest ‘osobowy’. Zatrzymuje się co kilka kilometrów. Urozmaiceniem – wciąż zmieniający się krajobraz. Powoli pniemy się wyżej i wyżej. Coraz więcej jest zakrętów. W oddali widać zaśnieżone szczyty.

Przybywa pasażerów. Teraz już tłoczą się na korytarzyku. Co kilka przystanków ktoś próbuje zająć nasze dodatkowe miejsca zwalając cały bagaż pod nasze nogi. Mowy nie ma. Zapłaciliśmy. Na jednym z postojów nasyłają na nas jakiegoś kontrolera. Pokazuję mu dokupione bilety. Kiwa głową, uśmiecha się i przeprasza. Wszystko jest OK. – mówi.

Po 4 godzinach jazdy mamy 20-to miutową przerwę. Można wyjść do toalety (pod gołym niebem), kupić sobie jakieś napoje lub nabyć coś do zjedzenia. Rozprostowujemy kości. Drobny buddyjski mnich mówi nam że siedziba Dalajlamy wciąż przed nami – do celu podróży jeszcze prawie 2 godziny. Co tam, damy radę.

Mały Tybet – siedziba Dalajlamy

Wjeżdżamy do Little Tibet, malutkiej w skali całego subkontynentu prowincji którą w 1949 roku rząd Indii wspaniałomyślnie podarował uchodźcom z Tybetu. Początkowo było tu tylko kilka małych, odizolowanych górskich osad. W miarę jak uciekinierów przybywało, osady te rozrosły się do 2 większych i paru mniejszych miasteczek. Siły bezpieczeństwa (czyli policja) są tu wciąż hinduskie, ale prawodawstwo i wszelka pozostała władza jest już tybetańska. Już na pierwszy rzut oka widzać że ta enklawa doskonale prosperuje.

Dharamsala

Autobus jedzie na dworzec główny w Dharamsali. Ale kończy bieg kilka kilometrów dalej, w MacLeod Ganj. Tam też zamierzamy wysiąść.

Łowca głów w MacLeod Ganj

Dworzec w MacLeod Ganj to właściwie tylko przystanek. Jedyna uliczka podchodzimy pod goreć do miasteczka. My i jeszcze tylko kilka osób. Przyczepił się do nas jakiś gostek. Skąd jesteśmy? Do kogo przyjechaliśmy? Na jak długo? I takie tam. Pewnie zaraz cos nam będzie chciał sprzedać, myślę. Pyta gdzie się chcemy zatrzymać. Okazuje się ze nasz pensjon jest na  samym końcu miasteczka. Na samej górze. Masakra. Gostek oferuje nam alternatywę. Hotel w połowie drogi. Normalnie niechętnie przystajemy na takie ‘okazje’. Ale jesteśmy ciut zmęczeni i łazić nam się nie chce. Godzimy się rzucić okiem na pokój.

Hotelik okazuje się niczego sobie. Pokój na 1-ym piętrze z osobnym wejściem przez taras jest cool. Najfajniejszy jest widok z okien. Widok na Himalaje. Wow! Hotel zasługuje na swoją nazwę (Mountain View)!

Zostajemy tutaj. Dzwonie by odwołać rezerwacje w pensjonie na górze.

MacLeod Ganj

Warto spędzić dzień włócząc się po MacLeod Ganj. Przyjrzeć się bliżej temu interesującemu miejscu. To miasteczko o kilku twarzach. I nie wszystkie z nich da się dostrzec tak od razu.

Kurort

Z jednej strony to górski ośrodek turystyczny. Oferujący przyjezdnym wszystko to, czego oczekują: Gorskie piesze wycieczki, wyjazdy rowerowe czy 4×4, sklepiki pełne pamiątek oraz doskonale karmiące jadłodajnie i restauracyjki. Do tego wszelkiego rodzaju zabiegi dla ciała. Techniki medytacyjne, przeróżne Spa i masaże.

Buddyzm tybatański

Ale miejsce to jest też centrum religijnym. Miejscem bardzo uduchowionym. Świętym dla Tybetańczyków i buddystów w ogóle. To siedziba Dalajlamy. Cel pielgrzymek wiernych, chcących wysłuchać buddyjskich nauk. Na każdym kroku widać tu grupki pielgrzymów i wszędzie natykamy się na mnichów odzianych w charakterystyczne burgundowe habity.

Azyl

Jest tez MacLeod Ganj pierwszym krokiem do nowego życia. życia w wolnym świecie. I to dla wielu. I wciąż przybywają następni. Na przeciwko naszego hoteliku znajduje się ośrodek dla uciekinierów z Chin. To takie pierwsze przytulisko dla nowoprzybyłych. Warto tam zajść i pogadać z ludźmi. Choć ich historie są w większości raczej bardzo smutne. Więcej na ten temat znajdziecie TUTAJ.

W oczekiwaniu na Dalajlamę

Od kilku już dni szwendając się po okolicy odczuwam narastające podniecenie. Ciche oczekiwanie. I coraz większa radość. A dzisiejszego ranka sprzedawca w sklepiku szeptem oznajmił mi ze to już zaraz, za kilka godzin Jego Świątobliwość Dalajlama XIV Kundun Gjatso wraca z wakacji do domu.

Wzdłuż trasy wjazdowej do miasteczka zgromadził się spory tłum. Security i policja poustawiała ludzi ładnie po obu stronach ulicy. Wszyscy grzecznie czekają. Tybetańczycy w tradycyjnych strojach. Wirują młynki modlitewne. Turyści szykują kamery i aparaty. Wszyscy jacyś uroczyści i skupieni. Zastygli w oczekiwaniu. A my pośród nich. Bardzo podekscytowani.

Kawalkada samochodów terenowych pojawia się zupełnie niespodziewanie. Ochrona jedzie na początku i na końcu konwoju. A w środku grupy sunie auto Dalajlamy. Wyraźnie widzimy jego uśmiechniętą twarz. Udaje nam się nawet zrobić fotkę. Łał! Ściskamy się za ręce.

Siedziba Dalajlamy – Kompleks Świątynny Tsuglag Khang

Następnego dnia maja być nauki Dalajlamy. Dla nas to mocno skomplikowane. Wciąż za mało wiemy o Żółtych Czapkach. O buddyzmie tybetańskim. Ale postanawiamy iść do Górnej Świątyni. By chociaż posłuchać, popatrzeć czy porobić zdjęcia.

Po dojściu do Kompleksu Świątynnego Tsuglag Khang okazuje się ze zasady bezpieczeństwa są tu bardzo rygorystyczne. Przy wejściu zastajemy Security i mamy lotniskowe bramki. Do środka nie wolno wnosić niczego poza odbiornikiem radiowym3 i butelką wody. Wszystkie sprzęty filmowo-fotograficzne należy pozostawić w depozycie. My nasze aparaty zostawiamy u sympatycznych dziewczyn sprzedających napoje. Nie będzie zdjęć, a szkoda.

Świątynia Tsuglag Khang jest ogromna. Podzielona na 2 kondygnacje. Na piętrze widzimy przepiękny posąg siedzącego buddy. Wszędzie naokoło siedzą też ludzie. Tybetaczycy, pielgrzymi i turyści. Wszyscy słuchają. Z głośników dobiega głos Kunduna.

Niestety Ana od 2 dni cierpi na chorobę wysokościową. I dzisiaj, właśnie tutaj, na piętrze buddyjskiej świątyni, dopada ją to bardzo mocno. Wspiera się na mojej ręce. Boję się, że mi tu zemdleje. Szczęśliwym trafem chłopaki z ochrony okazują się wyjątkowo spostrzegawczy. Pomagają. Wspólnie schodzimy na dół i wyprowadzamy (a właściwie prawie wynosimy) naszą gwiazdeczkę na zewnątrz budynku. Tu sadzamy Anę jakimś murku. Ktoś podaje jej szklankę z zimnym sokiem.

Po chwili Lulka czuje się już trochę lepiej. No to będzie żyć!

Film “Kundun Życie Dalajlamy”

Po najeździe komunistycznych Chin na Tybet w 1949 roku, najbliżsi ludzie z otoczenia młodego Dalajlamy, w obawie o jego życie, podjęli decyzje o opuszczeniu Lhasy i udaniu się do przyjaznych, demokratycznych Indii. (Całą historię możecie zobaczyć w znakomitym filmie Martina Scorsese “Kundun Życie Dalajlamy”)

A jak Wam się podoba w Małym Tybecie? Byliście już kiedyś w Himalajach? A może planujecie jakąś wielką wyprawę?

Nie bój się skomentować: